2013

In vitro to hurtowa aborcja

Tomasz Teluk

Z danych Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej wynika, że tylko jedno z 20 dzieci ma szansę przeżycia w wyniku stosowania metody in vitro.


Podczas gdy rząd debatuje nad tym, skąd wziąć pieniądze na refundację in vitro, na szpitalnych oddziałach brakuje pieniędzy na ratowanie życia noworodków. Nie jest też powiedziane, że prawne uregulowanie kwestii in vitro przyczyni się do ochrony życia. Tak nie stało się we Włoszech, chociaż prawodawcom przyświecała szczytna intencja objęcia ochroną prawną dzieci poczętych. Dane zebrane w raporcie Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej nie pozostawiają złudzeń: in vitro to hurtowa aborcja. Z oficjalnych włoskich danych wynika, że w 2005 r. liczba implementowanych zarodków wyniosła 58869, co dało zaledwie 3385 urodzeń. Oznacza to, że dla uzyskania jednego poczęcia uśmiercono 17 innych dzieci w embrionalnej fazie życia.Z kolei w 2007 r. z 71785 zarodków urodziło się 6486 dzieci. Zanotowano 1552 poronienia, 135 ciąż pozamacicznych, 67 kobiet poddało się aborcji na życzenie. Ponadto 30 proc. embrionów uśmiercono w wyniku rozmrażania. W 2005 r. na skutek rozmrażania obumarło 5349 embrionów. Tylko 1 na 21,4 rozmrażanych embrionów ma szansę przeżycia.Według ks. prof. Artura Katolo, autora książki "Contra in vitro", praktyka pokazała, że rozwiązania prawne nie przyczyniły się do zmniejszenia śmiertelności dzieci poczętych metodą in vitro.Szokujące jest nie tylko to, że część matek "rozmyśliła się" i dokonała aborcji po udanym zabiegu sztucznego zapłodnienia. Najbardziej bulwersuje fakt, że aż 60 proc. kobiet poddających się zabiegowi sztucznego zapłodnienia we Włoszech przekroczyło 50. rok życia. Ponad połowa klientek klinik in vitro ma powyżej 50 lat w takich krajach jak: Niemcy, Wielka Brytania, Serbia, Chorwacja, Czarnogóra, Hiszpania, Szwajcaria, Grecja i Irlandia. Oznacza to mniej więcej tyle, że do tego wieku kobiety ubezpładniają się hormonalną i mechaniczną antykoncepcją, a następnie przejmowane są przez biznes in vitro.Według Instytutu Globalizacji, rodzimy rynek in vitro może być warty nawet 20 mld złotych. Niemniej szacunki Ministerstwa Zdrowia, jakoby problem bezpłodności dotyczył aż miliona par w Polsce, są grubo przesadzone. We Włoszech, które liczą blisko 60 mln mieszkańców, zabiegowi zapłodnienia pozaustrojowego poddaje się ok. 200 tys. kobiet rocznie. Oznacza to, że na każdy milion mieszkańców problem może dotyczyć ok. 3,3 tys. par. W przypadku Polski byłby to więc problem ok. 133 tys. par, czyli ośmiokrotnie mniej, niż szacuje to Ministerstwo Zdrowia. Nietrudno domyślić się, że za przeszacowaniem rynku in vitro w Polsce stoją motywy finansowe, tak aby zarezerwować jak największe kwoty na cele refundacji w budżecie państwa. Zresztą nie kryją tego sami właściciele klinik, którzy zorganizowali protest pod siedzibą kurii w Katowicach. In vitro to wielki biznes, w który zaangażowani są także ginekolodzy. Większości z nich zwyczajnie nie chce się doszukiwać problemów bezpłodności u małżonków, a pary mające problemy z poczęciem kieruje się od razu na zabieg in vitro.Doświadczyłem tego osobiście. Po trzech latach starania się o dziecko niemal przy każdej wizycie u lekarza moja żona była zachęcana do in vitro. Po wielu rozterkach, a przede wszystkim po zapoznaniu się z moralnymi konsekwencjami tego typu zabiegów, zdecydowanie odmówiliśmy. Ufność Panu Bogu okazała się najlepszą metodą: jeszcze w tym samym tygodniu okazało się, że oczekujemy narodzin dziecka.Autor jest założycielem Instytutu Globalizacji.