2013

SEKS W PRZEDSZKOLU

Michał Walczyk

Po co dziecku wiedza o „języku seksualnym”?

Zapowiada się kolejna szalona rewolucja w polskim szkolnictwie. W zasadzie chodzi o nauczanie przedszkolne, które jest pod kuratelą MEN. Zanosi się na to, że już od września sześcioletnie dzieci będą przymuszane do uczestnictwa w zajęciach edukacji seksualnej. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, parlamentarne prace nad projektem ustawy zakończą się jeszcze przed wakacjami. — To absurd — zgodnie twierdzą nauczyciele, wychowawcy i rodzice.

W oparciu o niewiarygodne badania

Projekt ustawy autorstwa Ruchu Palikota jest w sejmie już od połowy lutego. Autorzy proponują, aby raz w tygodniu dzieci w wieku do sześciu lat uczęszczały na przedmiot o nazwie „wiedza o seksualności człowieka”. Powołują się na międzynarodowe zobowiązania Polski, w tym zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Nowe prawo ma być także odpowiedzią na rzekome oczekiwania rodziców — z badań przeprowadzonych przez TNS OBOP wynika jakoby, że przeszło 80 proc. pytanych chce edukacji seksualnej dla swoich dzieci. Warto jednak zapytać o wiarygodność tego sondażu — jego autorzy ani słowem nie wspominają, jakiego rodzaju zajęć spodziewają się pytani rodzice.

Ustawa jest już w zasadzie gotowa. „Przeniesienie regulacji związanych z edukacją seksualną z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (art. 1 ust. 1 ustawy o edukacji seksualnej) do ustawy o systemie oświaty nie jest li tylko zabiegiem techniczno-legislacyjnym. Przeciwnie. Stanowi wyraźny akcent, by problematykę edukacji seksualnej uwolnić od kwestii polityczno-ideologicznych i oprzeć na rzetelnej, możliwie obiektywnej wiedzy naukowej — tak, by wprowadzany przedmiot był postrzegany nie inaczej jak pozostałe przedmioty szkolne, np. matematyka czy biologia” — piszą posłowie w uzasadnieniu. Pod projektem podpisuje się Wanda Nowicka, która ma być sprawozdawcą.

Seks „po nowemu”

Pomysł ten ma spore szanse na poparcie. Wydaje się, że jego orędownikami są Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz Ministerstwo Zdrowia. Niedawno w siedzibie Polskiej Akademii Nauk w Warszawie pod patronatem obu resortów odbyła się konferencja, podczas której przedstawiono rekomendacje Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące edukacji seksualnej w Europie. Na spotkaniu pojawiły się zalecenia, aby dzieciom w wieku czterech—sześciu lat przekazywać treści o „uczuciach seksualnych jako części ludzkich uczuć” oraz „stosownym języku seksualnym”, a także nakazano, by w ramach tematów obowiązkowych informować dzieci w wieku do czterech lat o „różnych rodzajach związków” czy „prawie do badania tożsamości płciowych”. Warto odnotować, że jednym z gości był Lew Starowicz (występujący na konferencji w roli mentora), stały gość porannych programów śniadaniowych w telewizji, seksuolog, znany z wielu kontrowersyjnych wypowiedzi.

Już słychać głosy oburzenia. Na razie nie znamy jeszcze szczegółów dotyczących sposobów wdrażania ustawy, która — o ile zostanie szybko przyjęta — ma obowiązywać od 31 sierpnia tego roku. Wiadomo jednak, że strategię jej wprowadzania resort Krystyny Szumilas opracowuje już od trzech lat.

Narastają obawy

Pewne jest, że podobny program przyniósł już katastrofalne skutki w wielu państwach Europy. Podobne rozwiązania przyjęto w Wielkiej Brytanii i Szwecji i okazało się, że w ostatnich kilkunastu latach drastycznie wzrosła liczba niechcianych ciąż, a co za tym idzie — aborcji wśród nastolatek. Wzrosła także ilość chorób wenerycznych wśród dzieci i młodzieży.

O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy specjalistę z tej dziedziny, ks. dr. Marka Dziewieckiego, autora wielu publikacji na temat wychowania. Jego zdaniem tak zwana edukacja seksualna nie zakłada w sobie żadnych celów wychowawczych ani kształtowania odpowiedzialnych postaw. Jej celem jest wczesne wciąganie dzieci w zainteresowanie się popędem seksualnym oraz wmówienie im, że w tej sferze nie powinny obowiązywać żadne zasady moralne. „Edukatorzy” chcą, by młodzi ludzie uwierzyli w to, że seksualność jest po to, aby się nią dobrze bawić, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji — podkreśla ks. Dziewiecki.

Jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce było bardzo wielu niezadowolonych z wprowadzenia do szkół edukacji seksualnej. Tyle że wtedy nie wyznaczono żadnych norm etycznych, które miałyby być przekazywane dzieciom ze starszych klas podstawówek i gimnazjów. Nauczyciele mogli tworzyć autorskie programy nauczania i dzięki temu w większości przypadków uczniom przekazywano treści w „rozsądnej” formie. Odezwali się za to niektórzy producenci środków antykoncepcyjnych, którzy mieli sponsorować broszury, a niekiedy nawet całe zajęcia prowadzone z uczniami — z oczywistym przesłaniem. Na szczęście problem został rozwiązany i w wielu szkołach zaczęło obowiązywać przygotowanie do życia w rodzinie, a nie edukacja seksualna.