2013

Nigdy! Może to Cię przekona!

Gabinet doktora Gosnella

Skoro Sąd Najwyższy uznał aborcję za prawo każdej Amerykanki, dlaczego jestem oskarżony o morderstwo tych samych dzieci, dokonane chwilę po tym, jak opuściły łono kobiety? – pytał przed sądem Kermit Gosnell. Jego historia wstrząsnęła Stanami.

Sprawa, która poruszyła Amerykę, dyskusję o aborcji wprowadza na nowe tory – i stawia pytania o globalnym zasięgu. Czym różni się życie dziecka w łonie matki od tego dopiero co urodzonego? Czy to, które jeszcze minutę temu można było zakończyć w imieniu prawa, nagle nabiera takiej wartości, że za przerwanie tego życia lekarzowi grozi kara śmierci? I czy status żywego dziecka jako osoby ludzkiej zależy od jego lokalizacji?

HOUSE OF HORRORS

Wszystko zaczęło się 18 lutego 2010 r., gdy agenci FBI weszli do siedziby Women’s Medical Society w Filadelfii. Szukali dowodów na nielegalną sprzedaż lekarstw na recepty. To, co zastali, wyglądało jak scena z horroru: krew i kocie odchody na podłodze, smród moczu i kobiety, które na aborcję oczekiwały w fotelach pokrytych zakrwawionymi kocami.

Jak wykazała potem kontrola, pacjentkami zajmował się personel bez wymaganych licencji. Narzędzia chirurgiczne na sali operacyjnej były zardzewiałe, zestaw do reanimacji nie działał. I najbardziej makabryczne odkrycie: w rozsianych po klinice workach, kartonach po soku i pojemnikach na karmę dla kotów znaleziono szczątki ludzkich płodów. W trakcie śledztwa szef kliniki, doktor Kermit Gosnell, przyznał, że od 10 do 20 proc. z nich to wynik aborcji dokonanych po 24. tygodniu ciąży – choć prawo stanu Pensylwania tego zabrania.

Jednym z przypadków, który udało się udokumentować, jest historia 17-letniej dziewczyny, która trafiła do kliniki w 29. tygodniu ciąży. Osoba z personelu obecna przy zabiegu zeznała, że chłopiec, którego wyjęto z ciała matki, oddychał i ważył około 5 funtów (2,27 kg). Gosnell uśmiercił dziecko, przecinając nożycami jego rdzeń kręgowy, a ciało umieścił w pudełku na buty. Miał żartować przy tym z rozmiaru chłopca: „Jest taki duży, że mógłby mnie odprowadzić do autobusu”.


Udokumentowano siedem podobnych przypadków. Gosnell został oskarżony o siedem zabójstw pierwszego stopnia i jedno trzeciego stopnia. To ostatnie oskarżenie dotyczyło nieumyślnego spowodowania śmierci 41-letniej kobiety, która zmarła po aborcji w klinice Gosnella. Poza tym lekarz usłyszał ponad dwieście innych zarzutów, mniejszej wagi.

GŁOŚNE MILCZENIE MEDIÓW

Proces ruszył w marcu tego roku. Ale choć sprawa była bulwersująca, nie mogła przebić się do amerykańskich mediów. Dziennikarka Kirsten Powers z „USA Today” stwierdziła, że w tym czasie żadna z trzech głównych ogólnoamerykańskich stacji telewizyjnych nie poświęciła uwagi tej sprawie. Milczały także wielkie gazety, włącznie z „Washington Post”. Dopiero miesiąc od rozpoczęcia procesu wielkie media zaczęły go relacjonować – stało się tak na skutek wzburzenia opinii publicznej, widocznego na portalach społecznościowych.

Skoro Sąd Najwyższy uznał aborcję za prawo każdej Amerykanki, dlaczego jestem oskarżony o morderstwo tych samych dzieci, dokonane chwilę po tym, jak opuściły łono kobiety? – pytał przed sądem Kermit Gosnell. Jego historia wstrząsnęła Stanami.

„Nie trzeba być przeciwnikiem prawa do aborcji, by tak późną aborcję traktować jako coś odrażającego, a proces Gosnella jako rzecz absolutnie wymagającą medialnego nagłośnienia – konstatowała Kirsten Powers. – Tu nie chodzi o bycie pro-choice albo pro-life. Tu chodzi o podstawowe prawa ludzkie. To ogłuszające milczenie zbyt wielu mediów – które przecież dawniej były siłą sprawiedliwości w Ameryce – jest hańbą”.

Milczenie czołowych mediów – dla wielu haniebne – otworzyło kolejną dyskusję. Czy silne przywiązanie do prawa do aborcji może zagłuszać historie tak wielkiego kalibru? A jeśli tak, to czym różni się dzisiejsze dziennikarstwo od uprawiania polityki i służby określonej ideologii?

ŻYCIE ZALEŻNE OD MIEJSCA

Sprawa Gosnella jest interesująca również z tego względu, że przekracza tradycyjny spór ruchów pro-life (przeciwko aborcji) i pro-choice (za aborcją): jak trafnie pisała Kirsten Powers, w tym przypadku chodzi przede wszystkim o podstawowe prawa ludzkie.

Niespodziewanie do tych praw odwołał się sam Gosnell. Broniąc się, pytał przed sądem, dlaczego właściwie jest oskarżony o morderstwa pierwszego stopnia (w prawie USA tak określa się morderstwo z premedytacją). Pytanie nie było od rzeczy. Bo, przykładowo, dlaczego prawo penalizuje zakończenie życia 25-tygodniowego dziecka, będącego już poza organizmem matki (urodzonego przez sztuczne wywołanie porodu), skoro zupełnie inaczej podchodzi do dziecka o kilka dni młodszego i będącego jeszcze w łonie matki? Gdy Gosnell uśmiercał 24-tygodniowe płody ludzkie w łonie kobiety, wstrzykując truciznę w ich małe serca, wszystko było wl porządku – ale przestało być, gdy przeciął rdzeń kręgowy dziecka, które właśnie wysunęło główkę na świat?

Te pytania otwierają nowy rozdział w toczącej się na świecie dyskusji o aborcji. Jeśli prawo kobiety do urodzenia lub nieurodzenia dziecka uznamy za konstytucyjne prawo obywatela – a tak orzekł Sąd Najwyższy USA w 1973 r. w głośnej sprawie „Roe przeciw Wade” – to uznajemy, że jest to prawo ważniejsze od tego, które chroni życie ludzkiego płodu. Jeśli dziecko urodzone chronione jest prawem, a to nieurodzone nie, to oznacza, że ochrona prawna roztaczana przez państwo nie zależy od statusu i kondycji płodu ludzkiego, tylko od jego lokalizacji. Nie zależy od tego, czy płód funkcjonuje jak człowiek (w 24. tygodniu z pewnością funkcjonuje), tylko od tego, gdzie się znajduje w danej chwili.

Skoro Sąd Najwyższy uznał aborcję za prawo każdej Amerykanki, dlaczego jestem oskarżony o morderstwo tych samych dzieci, dokonane chwilę po tym, jak opuściły łono kobiety? – pytał przed sądem Kermit Gosnell. Jego historia wstrząsnęła Stanami.

CO OZNACZA PRO-LIFE

Sprawa Gosnella ma też ciąg dalszy. Za jej przyczyną kliniki aborcyjne poddano kontroli inspekcji sanitarnych. Głośna stała się sprawa ze stanu Delaware: działacze organizacji ­pro-life wraz z dziennikarzami telewizyjnymi przeprowadzili śledztwo na temat warunków panujących w klinice sieci Planned Parenthood z Wilmington. Okazało się, że z punktu widzenia warunków sanitarnych i kwalifikacji personelu sytuacja była zbliżona do tej w klinice Gosnella. Placówkę natychmiast zamknięto, a w drugiej, z miasta Dover, wstrzymano do odwołania chirurgiczne aborcje. W ten sposób Delaware jest pierwszym od 1973 r. stanem w USA, na terenie którego – przynajmniej tymczasowo – nie dokonuje się aborcji.

Kolejnym kontekstem sprawy Gosnella okazała się – niespodziewanie – dyskusja nad karą śmierci, która zgodnie z prawem Pensylwanii groziła lekarzowi. Na łamach popularnego i wpływowego religijnego miesięcznika „First Things” prof. Robert P. George z Uniwersytetu Princeton zaapelował, by oszczędzono życie lekarza-mordercy. Wezwał też zwolenników ruchu pro-life, aby poparli jego apel, gdyż – jak argumentował – skoro walczą o prawa ludzkie dla nienarodzonych dzieci, powinni wspierać prawo do życia wszystkich ludzi, nawet okrutnych morderców. To istotny głos, bo w Stanach (podobnie jak w Polsce) wielu konserwatystów opowiadających się przeciw prawu do aborcji nie ma zarazem problemu z popieraniem kary śmierci.

***

W poniedziałek 13 maja ława przysięgłych uznała 72-letniego lekarza winnym trzech morderstw pierwszego stopnia i jednego morderstwa trzeciego stopnia. Ta sentencja zapowiadała, iż prokurator zażąda dla niego kary głównej. Tymczasem dzień później doszło do ugody: Gosnell dobrowolnie zrzekł się prawa do składania apelacji w zamian za oddalenie groźby kary śmierci. Bez prawa do wcześniejszego zwolnienia, spędzi resztę życia w więzieniu.